Książkę „Zapach domów innych ludzi" Bonnie-Sue Hitchcock kupiłam dla domowego książkowego mola - mojej córki. Wakacje, to czas kiedy książki wchłania w ilościach hurtowych i jest w stanie przeczytać wszystko, co jej podsunę. Wykorzystuję to paskudnie i kupuję lub wypożyczam zarówno typowe dla nastolatek książki jak i lektury, żeby potem w ciągu roku było mniej pracy. W „Zapachu domów innych ludzi" zaintrygował mnie niezwykły tytuł tej książki. Teraz kiedy ją przeczytałam zastanawiam się do kogo jest bardziej adresowana. Dla młodzieży, czy może bardziej do dorosłych, którzy próbują zrozumieć swoje dzieci. Myślę, że najbardziej powinno się podsunąć tę książkę tym, którzy młodzieży nawet nie starają się zrozumieć. Przedstawione zwyczajne problemy młodych ludzi w trudnym i niegościnnym otoczeniu pięknej Alaski, tak jak w rzeczywistości, mają częściowo swoje źródło w naszym – dorosłym życiu. Biorą się z różnic w naszych charakterach, braku empatii i rozmów.


Zauważyliście, że każdy dom pachnie inaczej? Jedzenie, kwiaty, zwierzęta, kosmetyki, których używamy tworzą znajomy domowy zapach, który najczęściej kojarzy się z miłością i bezpieczeństwem. Ale są przecież domy, które pachną inaczej i zapisują się w pamięci młodych ludzi w sposób kojarzący się z niepewnością, brakiem bezpieczeństwa i zagrożeniem. Tęsknota za domem z mamą, czystą pościelą i miłością, szczególnie podsycana innym zapachem i sztywnymi regułami i brakiem jakichkolwiek uczuć powoduje, że młodzi ludzie zaczynają szukać. Czasem znajdują i wypełniają pustkę, czasem jednak trafiają na namiastki, które znikając pozostawiają trwały ślad zmieniający życie na zawsze.

więcej»

Kto z nas nie chciałby być szczęśliwy? Gdyby zapytać 10 ludzi, co oznacza dla nich szczęście, to po za oczywistymi zdaniami typu: zdrowa rodzina, pokój na świecie każdy powiedziałby coś innego. Dla jednego szczęściem jest wspólny posiłek w domku na wsi, dla innego wyprawa na ryby, jeszcze inny poleżałby na bielutkiej plaży pod palmą koniecznie z drinkiem z palemką w dłoni a jeszcze ktoś chciałby szusować na nartach na lodowcu. Tylu ilu ludzi tyle pomysłów na to, co zrobić, żeby poczuć się szczęśliwym. No właśnie poczuć... Bo czy szczęście może być stanem permanentnym? Czy wtedy docenialibyśmy te małe chwile, które sprawiają, że mamy ochotę krzyczeć a czasem wzruszają i nie bardzo wiadomo, czy bliżej do śmiechu czy do łez?


Dlatego też myślę, że nie ma jednej recepty na szczęście. Sięgając po książkę „Hygge duńska sztuka szczęścia" Marie Tourell Soderberg nie łudziłam się nawet, że znajdę tam gotowy przepis, jak w książce kucharskiej, co zrobić, żeby być szczęśliwym. Sięgnęłam po nią z ciekawości i z przyjemnością ją przejrzałam. No właśnie przejrzałam, bo właściwie tekstu w niej niewiele, więc tę niewielką książeczkę z pięknymi ilustracjami po prostu przyjemnie się ogląda.


Hygge nie ma jednej definicji, ale w zasadzie chodzi o takie chwile, które nastrajają nas pozytywnie, przepełniają spokojem, zadowoleniem, może radością, kiedy jesteśmy w zgodzie ze sobą i otaczającym światem. Czasem wiemy, że hygge dla nas będzie oznaczało spotkanie z przyjaciółmi w domu, gdzie każdy czuje się doskonale, gdzie każdy gość ma swoje ulubione miejsce na kanapie i zawsze czeka na nas kubek herbaty. Może hygge oznaczać dobrą książkę, ciepły koc i kieliszek wina po długim ciężkim dniu pracy. Staramy się więc tworzyć małe rytuały, żeby poczuć się po prostu dobrze. Ale hygge może zdarzyć się przypadkowo, tak tu i teraz, kiedy poczujemy, że ta chwila mogłaby trwać i trwać... Może w ciepłe letnie popołudnie nad filiżanką pysznej kawy w dobrym bliskim towarzystwie, może w wakacyjny spokojny wieczór, podczas czytania dziecku książki, może na pustej plaży podczas zachodu słońca za rękę z ukochaną osobą a może samotnie w ogrodzie na hamaku ze szklanką rabarbarowego kompotu?

więcej»

Tuż przed wakacjami jednej z warszawskich szkół podstawowych nadano imię profesora Władysława Bartoszewskiego. Podczas uroczystości, w której uczestniczyli m.in. ambasador Izraela Anne Azari i Władysław T. Bartoszewski, syn profesora, padło wiele pięknych, ciepłych i wzruszających słów o patronie. Zaproszeni goście opowiadali dzieciom o profesorze ciekawostki, które mogą zainteresować a nie znudzić młodych ludzi na przykład to, że przepadał za geografią a nie lubił matematyki, że od dwunastego roku życia wiedział że chce zostać geografem lub reporterem.


Idąc za przysłowiowym ciosem, zachęcona gawędami o Władysławie Bartoszewskim sięgnęłam po niepozorną z wyglądu książkę o nietypowym tytule „Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach" Marka Zająca. Odkryłam, że jest to jedna z takich lektur, po które sięga się wielokrotnie. Jest doskonała, szczególnie wtedy, kiedy otaczający świat przytłacza problemami. Pozwala nabrać uśmiechnąć się i nabrać dystansu, bo przecież jak mówił profesor „Robimy, co możemy, a czego nie możemy, też robimy!"


W 93 krótkich anegdotach poznajemy profesora Bartoszewskiego z nieco innej strony niż ta, z której większość z nas go zna. Ekran komputera, telewizora, publiczne wystąpienia pokazywały nam jego pozytywną ale oficjalną stronę. A przecież był zwykłą-niezwykłą postacią ponadprzeciętnie inteligentną, inspirującą, intrygującą i pełną pozytywnej energii. Można długo opowiadać jego życiorys, który chwilami nadaje się na wbijający w fotel film, o Auschwitz, AK, pomocy Żydom w czasie okupacji, pracy, polityce, działalności społecznej. Dzięki tej książce nie zapomnimy, że był przyjacielem wszystkich prawych ludzi, że przychodzili do niego naładować akumulatory pozytywną energią, że potrafił żartować jak mało kto i był prawdziwym mistrzem ciętej riposty.

więcej»

Prawie każda kobieta lubi babskie pogaduchy. Mamy swoje bratnie dusze, z którymi jesteśmy w stanie rozmawiać na dowolny temat przy kawie, herbacie dobrym winie, bez końca. Już małe dziewczynki zwierzają się sobie z największych sekretów szeptanych na ucho w największej tajemnicy. Czasem przyjaźń taka wystawiana na życiowe próby rozmywa się a koleje losu stawiają na naszej drodze kogoś innego. Czasem jednak, ani czas ani odległość, nie zmienia naszych relacji. Takie przyjaźnie na przysłowiowe „śmierć i życie" są piękne i warto je pielęgnować.


Takie babskie pogaduchy prowadzone przez dwie mądre i bliskie sobie kobiety zostały spisane w „Kochana moja. Rozmowa przez ocean." Małgorzaty Kalicińskiej i Basi Grabowskiej. Dzieli je ocean, różnica czasu i całe pokolenie, łączy miłość, wzajemne zaufanie, inteligencja i podobne poczucie humoru. Dwie najbliższe kobiety – matka i córka rozmawiają za pośrednictwem klawiatury komputera o rzeczach codziennych, domowych, sprawach ważnych i trochę mniej skomplikowanych. Posłuchamy o wspomnieniach z rodzinnego domu, o najbardziej ulubionych potrawach, uczuciach i sprawach najbardziej ostatecznych.


Każda taka rozmowa pozwala spojrzeć na sprawę z dwóch perspektyw: kobiety dojrzałej-matki i córki, choć już nie podlotka, to jednak znacznie młodszej, z innym spojrzeniem na współczesny świat. Każdy z rozdziałów skłania do zastanowienia nad własnymi poglądami i mimowolnego porównania własnego spojrzenia na poruszany problem, zawiera również mnóstwo ciekawych odniesień do literatury i kultury. Z poglądami autorek można się zgadzać lub nie, ale z pewnością nie można książce zarzucić braku wrażliwości, tolerancji, uczuć i tego, że mogą ze sobą porozmawiać na każdy temat.

więcej»

Nie przepadam za książkami biograficznymi. To nie mój rodzaj literatury, dlatego namówiona przez przyjaciółkę do przeczytania książki „Nic zwyczajnego" podchodziłam do niej z lekko sceptycznie. Jednak już po pierwszych paru stronach wiedziałam, jak bardzo tym razem się pomyliłam. To nie jest klasyczna książka biograficzna. To fantastycznie spisane wspomnienia i anegdoty z życia damy polskiej poezji, kobiety zwykłej i niezwykłej, z ogromnym dystansem do siebie i świata, która uśmiecha się do czytelnika z każdej linijki książki.


Autorem wspomnień jest Michał Rusinek, magister filologii polskiej zatrudniony przez noblistkę „na chwilę" w celu ogarnięcia bałaganu, który zagościł w jej życiu po przyznaniu Nagrody Nobla. Sterty listów, przez które nie dało się otworzyć drzwi i zaproszenia, na które koniecznie trzeba odpowiedzieć. Szymborskiej wydawało się, że to przejściowy chaos. Brawurowy sposób rozwiązania problemu dzwoniącego stale telefonu spowodował, że Michał Rusinek zatrudniony na kilka miesięcy został na 15 lat.


„Nic zwyczajnego" to bardzo subiektywny portret poetki. Autor pozwala poznać noblistkę z prywatnej strony: wesołą, czasem frywolną z poczuciem humoru, które pozwoliło przetrwać okołonoblowskie zamieszanie. Wnikliwie obserwowała rzeczywistość, a spotkania ze zwykłymi ludźmi ceniła bardziej niż bywanie w świecie znanych i lubianych. Miała swoje małe słabości, lubiła kurczaczki z KFC i papierosy, z których nie zrezygnowała do ostatnich dni. Anegdoty były jej sposobem na załatwieniem wielu spraw, limeryki pisała na potrzeby chwili, zmywała po spotkaniach ze znajomymi, żeby mieć kontakt z materią a najbliższych obdarowywała wycinankami-wyklejankami.

więcej»
© DomowyPatchwork - All Rights Reserved.

mapa strony